Z perspektywy lat, wciąż wyraźnie widać, ile Ania miała w sobie dobra, piękna, ciepła i jakiegoś metafizycznego smutku przemijania. Jej przedwczesne odejście paradoksalnie przyczyniło się do Jej unieśmiertelnienia, sprawiając, że pozostała z nami właśnie taka, jaka była, młoda i pełna uroku, serdeczna i przyjacielska. Jej głos z pewnością spodobał się Stwórcy, który nie mógł się doczekać, by rozbrzmiewał w rzeczywistości, co wiecznie trwa.
Ania przyciągała do siebie swoim serdecznym uśmiechem. Jej otwarta i szczera radość była czymś unikatowym i wprost zaraźliwym. Nie przypadkiem sztandarowym utworem Ani stała się piosenka "Tyle słońca w całym mieście". Ania całą sobą niosła aurę słońca. W mojej pamięci pozostanie na zawsze roześmianą, inteligentną Anią, z ogromnym poczuciem humoru... Ale nie tylko, bo przecież znałam Jej delikatność, zdolność do refleksji dobroć i wrażliwość na sprawy dotyczące nie tylko Jej samej, ale również przyjaciół.
Ania była piękną, miłą i pełną radości dziewczyną. Uwielbiała się śmiać i kochała ludzi. Choć była wielką artystką, była jednocześnie skromnym i dobrym człowiekiem. Od wczesnego dzieciństwa jej największą pasją była muzyka, wsród której i z którą dorastała. Właściwie to ona sama była muzyką...
Wiele ludzkich potrzeb pozostaje niespełnionych. Jesteśmy często bezradni wobec narastających problemów. Wtedy uciekamy od nich. Często w świat muzyki. Stosownie do nastroju wybieramy styl, instrumenty, wykonawcę.
Myślę, że niektórzy często słuchają Ani, której piosenki są swoistym panaceum na smutki i tęsknoty... Radosne, ozdobione nutką zadumy, te dojrzałe i te niespełnione. Takie są jej piosenki. Jak i ona sama.
Trudno mi jest wracać do tych tragicznych chwil. Ból mój będzie trwać do końca moich dni. Mam jednak nadzieję, że Ania będzie wciąż żyła w sercach ludzi, a będzie to możliwe tak długo, jak długo będzie żyła pamięć o Niej.
Ania była wspaniałą córką. Pełną ciepła, kochającą rodzinę, wnoszącą dużo radości do naszego domu. Od dziecka wykazywała zdolności muzyczne. Uczęszczała do Przedszkola Muzycznego w Poznaniu, później do szkół muzycznych. Muzyka była jej pasją...
Ponieważ dziś mija 25 rocznica tragicznej śmierci Ani, bardzo często otrzymuję propozycje udzielania wywiadów na Jej temat. Szczerze przyznam i bardzo przepraszam, ale wciąż jest to dla mnie bardzo trudne i bolesne. Zachęcam więc do odwiedzenia strony internetowej, gdzie znajdziecie wiele informacji o Ani.
A z tych tęsknot jedna twoja, a ta druga była moja...
- "Andrzeju, zobacz - dostałam list ! Ale to jest chyba list do Ciebie. Tu jest napisane: "Kocham Pana, nie mogę spać i jeść. Szczególnie spać nie mogę, ponieważ pracuję na nocnej zmianie". Tutaj nie mogę przeczytać, jest bardzo niewyraźne pismo. Przeczytaj może ty ! A może to ty sam napisałeś ten list ? Powiedz..."
Kiedy występowałem wspólnie z Anią na trasach, układałem sobie z Nią "ad hoc" właśnie takie krótkie dialogi. Gdy któryś się sprawdził – powtarzaliśmy go częściej. Zamiast oficjalnych zapowiedzi staraliśmy się rozbawić w ten sposób publiczność. A występowaliśmy często razem. Zdarzało się, że i trzy razy dziennie. Pierwsze nasze spotkanie miało miejsce w Sopocie. Ja grałem i śpiewałem wtedy w popularnym zespole: "Bractwo Kurkowe" Piotra Janczarskiego. W tamtych czasach telewizja nadawała tylko na dwóch kanałach, a zdarzyło się, że jednego dnia, chyba 22 lipca, pojawiliśmy się z Bractwem na ekranie telewizorów w pięciu różnych programach. Właśnie w trakcie takiego nagrania telewizyjnego w Sopocie, który kręciliśmy przy sopockim molo pojawiła się nieznana wtedy nam nowa piosenkarka. Widząc Anię z daleka, pomyślałem, że to może być Sipińska, ale szybko ktoś mi wyjaśnił, kim była ta dziewczyna. Wtedy zaczynała dopiero swoją solową karierę. Był z Nią Jarek Kukulski, już Jej mąż, kompozytor i manager. Przebojem stawała się piosenka "Najtrudniejszy pierwszy krok". Spędziliśmy wtedy w swoim towarzystwie sporo czasu i zaprzyjaźniliśmy się, a nasze spotkania były coraz częstsze. Okazało się, że w Warszawie Jarek z Anią mieszkali niedaleko mnie, wynajmowali najpierw mieszkanie na Żoliborzu, niedaleko Teatru Komedia, a póżniej przenieśli się do własnego - na Reymonta.
Jarek obiecał mi kiedyś, że napisze mi piosenkę. Cieszyła mnie ta zapowiedź, bo każdy skomponowany przez niego numer był hitem, ale ciągle zwlekał, jakoś nie mógł się do tego zabrać. Przypominałem mu o tym przy każdym spotkaniu, ale słyszałem tylko, że już niedługo zacznie komponować i nawet już potaktował kartki nutowe. Wreszcie któregoś dnia zadzwonił do mnie z propozycją, bym ich odwiedził. Gdy przyszedlem, Ania zaproponowała mi nagranie duetu w piosence pt. "Kto umie tęsknić" znanej też jako "Dwie tesknoty". Dowiedziałem się później, że był to utwór napisany wcześniej przez Jarka dla Bogdany Zagórskiej, raczej mało młodzieżowej piosenkarki. Dotarło później do mnie, że miała żal z powodu odebrania jej tej piosenki.
Z Anią przećwiczyliśmy ten numer w godzinę i może nawet jeszcze tego samego dnia lub następnego nagraliśmy go w Polskim Radio. Drugą wersję tej piosenki rejestrowalismy dla Polskich Nagrań przy ul. Długiej na płytę długogrającą Ani. Pamiętam, gdy kompozytor, Jarek Kukulski, w czasie nagrania nie dał mi wolnej ręki w wyborze interpretacji i musiałem wykonać to według jego życzenia. Nigdy wcześniej nie śpiewałem w taki spokojny sposób, jak w tym utworze. W moim wykonawstwie, z uwagi na silny głos, starałem się traktować utwory z dużą ekspresją. W tym przypadku Jarek i Ania kilkakrotnie mnie "temperowali", żeby nie „nasadzać" dźwięku, nie „pakować”, żeby śpiewać dłuższymi nutami, delikatniej, ciszej. Ania powtarzała, że to ma być dosłownie tylko wypowiedziane. Zwróciłem wówczas uwagę, że w porównaniu ze mną, sama śpiewała wtedy bardzo subtelnie, z taką wyszeptywaną lub wydmuchiwaną ekspresją. Nie byłem w tym nagraniu z siebie zadowolony, ale efekt okazał się znakomity, bo piosenka zdobyła wtedy dużą popularność i do dzisiaj jest grana i często powtarzana. Kilka lat po śmierci Ani wykonałem ten utwór w ktorąś rocznicę Jej śmierci. Byłem wtedy na kontrakcie w Japonii i partię wokalną Ani odtworzylem z taśmy, a swoją wykonałem na żywo. Powiedziałem wcześniej Japończykom, że jest to mój hołd dla zmarłej polskiej pisenkarki. Przyjęli to z zainteresowaniem, tym bardziej, że w repertuarze miałem najpopularniejszą japońską piosenkę "Sukiyaki song", której wykonawca Kyu Sakamoto, też zginął w innej katastrofie lotniczej .
Po nagraniu "Kto umie tęsknić" zaczęliśmy wspólnie jeździć na trasy koncertowe z programem pt. "Zawsze gdzieś czeka ktoś". Po odejściu z zespołu Bractwo Kurkowe zostałem solistą i wystartowałem własnym utworem pt. "Bliska moim myślom", który wiele miesięcy znajdował się w czołówce na listach przebojów. Na tzw. "trasy" z Anią jeździł: Janusz Weiss – jako konferansjer, a akompaniowali nam: wczesny PERFECT - Zbyszek Hołdys, Wojtek Morawski, w chórkach natomiast śpiewali: Basia Trzetrzelewska i Jurek Różycki z późniejszego Gangu Marcela. Jeździliśmy po Polsce i za granicę, do NRD i Czechosłowacji. Pamiętam w Erfurcie, oprócz koncertów dla widowni niemieckiej, graliśmy tez na polskich budowach, a w Czechosłowacji przy jakiejś elektrowni. Było tam sporo Polaków i przyjmowano nas z entuzjazmem. Zarabialiśmy nieźle i kupowaliśmy naszym dzieciom prezenty - ja dla mojego syna, Sebastiana, który jest rówieśnikiem Natalii, a Ania dla swojej córki. Wędrowaliśmy godzinami po niemieckich sklepach, dużo lepiej niż w Polsce zaopatrzonych, szukaliśmy dla nich zabawek. Dzisiaj to śmiesznie brzmi, ale kupowaliśmy sobie i bliskim np. najnowsze fasony butów, które w Polsce nie były dostępne. Ktoś policzył, ile par butów wiezie w autokarze cala nasza ekipa i wyszła jakaś niebotyczna liczba.
Przez cały czas trwania naszej znajomości najbardziej ze wszytkich piosenkarek lubilem Anię, chociaż prawdę mówiąc, to nie był typ kobiety, który preferowalem - typ dziewczyny-sportowca. Wręcz przeciwnie. Ania była delikatna, z jasną karnacją, nielubiąca opalenizny. Zawsze, odkąd pamiętam, nawet wtedy, kiedy niespodziewanie odwiedzałem Ją w domu - Ania była uperfumowana i zawsze z ostrym makijażem. Mogła być w domowym ubiorze, ale była pomalowana. Pamiętam też, że miała bardzo zadbane paznokcie, długie, pokryte ciemnoczerwono-wiśniowym lakierem.
Zaskakiwała mnie czasami swym zachowaniem. Kiedyś powiedziała, że musi w jakiejś sprawie jechać do Hotelu Europejskiego. Pojechaliśmy tam moim fiatem bahama yellow. Na miejscu okazało się, że nie miała specjalnego powodu, a jedynie chęć na jajecznicę w restauracji. Powiedziałem, że za wydane wówczas pieniądze mógłbym usmażyć dla Niej jajecznicę z kopy jaj! Mam wrażenie, że pewnie nie lubiła, a może nawet w ogóle nie potrafiła gotować. Nie dziwi mnie to, bo sprawami domowymi zajmowała się wtedy Mama Ani. Odwiedzając Jej dom, nigdy nie widziałem Jej w kuchni. Zaryzykuję stwierdzenie, że pewnie tylko herbatę potrafiła zaparzyć, a gotowanie jakoś zupełnie do Niej nie pasowało…
Wtedy i dziś, patrząc z perespektywy tych kilkudziesięciu lat, widzę, jak bardzo dobrze mi się z Nią wspołpracowało. Nigdy nie odczułem, ani nie byłem świadkiem Jej niewłaściwego zachowania. Była gwiazdą, ale nie okazywała swego gwiazdorstwa w negatywnym tego słowa znaczeniu.
Po latach w pamięci pozostały mi, oprócz nagrań, jakieś strzępy zdarzeń, rozmów. Nie mam nawet z Anią wspólnego zdjęcia, mimo że na koncertach widzowie robili ich wiele. Zresztą nikt wtedy o tym nie myślał, żeby utrwalać te chwile. Czuliśmy, że to będzie zawsze trwać. Żartowaliśmy, wygłupialiśmy się często. Na wyjazdach na nagrania programów telewizyjnych Ania przyjaźniła się z wieloma piosenkarkami, pamiętam, że najbardziej z Elą Igras. Chyba nie przepadała za solistką Wagantow, z którymi wcześniej też śpiewała.
Ania jest dla mnie fenomenem, Jej głos, interpretacja, delikatna osobowość. Zdobyła swoimi piosenkami olbrzymią publiczność. Miała charakterystyczne brzmienie głosu i sposób śpiewania. Piosenki, niby proste, ale w Jej wykonaniu bogate, z ładnymi tematami muzycznymi podobały się i młodym, i starym. Śpiewała wszytkie utwory w tym samym rejestrze, miękko, delikatnie. Na estradzie i prywatnie w życiu nie szokowała ekstrawagancją. Po prostu była to fajna dziewczyna i trudno było w Niej coś znaleźć, co mogłoby się nie podobać. Myślę też, że gdyby śpiewała do dziś, to nie odeszłaby bardzo od swojego stylu. Jej śpiew byłby atrakcyjny, jak kiedyś.
Anię widziałem ostatni raz krótko przed Jej pierwszym wyjazdem do Stanów w 1979 roku. Pojechała tam dwa razy - na wiosnę z Jarkiem i chyba z Natalią i potem w grudniu.
14 marca 1980 roku zadzwonił do mnie znajomy, którego kuzyn pracował na lotnisku i powiedział o katastrofie i o tym, że zginął tam ktoś, kogo dobrze znam. W pierwszej chwili pomyślałem o pewnym koledze muzyku, o którym wiedziałem, że jest w tym czasie na trasie w Stanach. Prawda byla brutalniejsza. Okazało się, że była to Ania. Po wypadku oglądałem gdzieś zdjęcia z miejsca katastrofy. Na jednym z nich zobaczyłem leżący but - charakterystyczny damski brązowy kozak, taki fason nie był dostępny w Polsce. Przed oczami stanęły mi wtedy nasze zakupy butów w NRD. Nie miałem żadnych wątpliwości...
Luty 1980 roku. Niedzielny wieczór w klubie polonijnym "Zodiak" przy 94 Highlande Avenue, Clifton w New Jersey. Rozpoczyna się koncert Anny Jantar. To ostatni koncert w Jej życiu. "Tak dobrze mi w białym", "Nic nie może wiecznie trwać", "Rosyjskie pierniki", przeboje z filmu "Grease", wreszcie "Jambalaya" i "Za każdy uśmiech" - Anna Jantar śpiewa przebój za przebojem, a bisom nie ma końca.
Zespołem towarzyszącym Annie Jantar w New Jersey jest mało znana w Polsce grupa TRAGAP. To młodzi muzycy, zrzeszeni w PAGARCI-e (stąd ich nazwa), którzy do tej pory nie mieli nigdy okazji występować z Anną Jantar. Nikt z zespołu nie zdaje sobie wtedy sprawy, że występy z Anną na zawsze pozostaną w ich pamięci, a oni będą ostatnimi muzykami grającymi z Nią Jej wielkie przeboje. Skład grupy tworzą: Leon Adamiak (bass) - kierownik zespołu, Adam Glinka (keyboard), Kazimierz Biełkowski (drums), Piotr Śmiejczak (piano keyboard), Krystyna Cudowska (voc.) oraz Irena Gałązka (voc.) - młoda piosenkarka, o ciepłym głosie, zaskoczona trochę propozycją Anny zaśpiewania wspólnie z Nią przeboju z filmu: "Grease" pt. "You're The One That I Want". Ciekawy to duet...
Anię osobiście poznałam w New Jersey w USA, kiedy to po kontrakcie w Chicago śpiewałam tam w zespole TRAGAP w klubie Zodiak. Cały zespół bardzo ucieszył się z przyjazdu Ani, chociaż wiedzieliśmy, że będzie z nami tylko 3 tygodnie. Przed przyjazdem do New Jersey wysłała nam pocztą wszystkie nuty i nagrania. Próba przebiegała więc szybko i sprawnie. To było dla nas rzeczywiście spore udogodnienie, graliśmy "na żywo", więc chórki i aranżacje trzeba było wcześniej dokładnie przygotować. Współpraca układała nam się bardzo sympatycznie, chociaż żal nam było, że trwało to tak krótko, bo właściwie tylko dwa weekendy. Planowaliśmy, że po powrocie do kraju będziemy razem grać. Była osobą bardzo naturalną w swoim zachowaniu, pamiętam że oblegana była wtedy przez przyjaciół i znajomych, którzy w Stanach organizowali Jej różne wycieczki, wyjazdy. Nigdy nie "gwiazdorzyła", nawiązywała bardzo bliski kontakt z ludźmi, była dowcipna i bezpośrednia. Siedziałyśmy na krótko przed Jej wylotem do domu w barze. Pamiętam dokładnie Jej słowa: "Irena, leć ze mną teraz do Polski, będzie Tobie i mnie trochę raźniej, a chłopaki ze sprzętem, a było tego naprawdę sporo, niech płyną statkiem". Nie poleciałam z Anią, właściciel klubu p. Jerzy Merena poprosił nas o przedłużenie umowy o dwa tygodnie, ponieważ był to okres "Józefinek", bardzo popularnego święta w USA. Zostaliśmy więc dłużej. Nasz pianista, Adam Glinka, który mieszka do dziś w Chicago, odwiózł Anię na lotnisko. Nie mogliśmy pojechać wszyscy Jej odprowadzić, padał śnieg, pogoda była fatalna. Przed samym odlotem Adam zrobił Jej kilka zdjęć, jak się okazało były to ostatnie zdjęcia Ani.
Polubiłyśmy się bardzo, śpiewałam z Nią na koncertach ówczesny przebój z filmu "Grease" - "You're The One That I Want" i świetnie współbrzmiałyśmy wokalnie. Wykonywałam partię Johna Travolty! Ania - to był ogromny talent, zastanawiam się często, jak wyglądałaby dziś Jej kariera. Na pewno poszukiwałaby nowych brzmień. Wtedy na początku lat 80-tych Jej piosenki były bardzo nowoczesne, zwłaszcze te nagrane z Perfectem i Budką Suflera.
W swoim domowym archiwum odnalazłam ostatnio przy okazji małego remontu kasetę magnetofonową z Jej koncertem w klubie "Zodiak". Kaseta 30 lat leżała na półce, a i sprzęt, na którym była nagrana nie był najlepszej klasy. Jakość nagrań nie jest więc najlepsza. Wzruszająca jest to jednak pamiątka z zapowiedzią Ani naszego wspólnego występu: "A teraz w charakterze Johna Travolty - Irenka i przebój "You're The One That I Want".
Była człowiekiem bardzo bezpośrednim...
Są takie sympatie, które tworzą się od razu, albo nie tworzą się nigdy. Nas "złapało" to "coś" w jednej chwili. Pierwsze spotkanie z Anią i Jarkiem, o ile dobrze pamiętam, miało miejsce na Woronicza. Budynek telewizyjny był świeżo oddany, ściany jeszcze brudziły wapnem. To był początek lat 70-tych, zaczynaliśmy razem nasze kariery. Nikt wtedy nie znał jeszcze ani Anny Jantar, ani Wodeckiego, ani wielu innych późniejszych artystów. Jarek pytał mnie wtedy o ludzi pracujących w telewizji. Jak, z kim, gdzie ...
Nie mieliśmy wielu wspólnych programów telewizyjnych, ani koncertów, ale pamiętam nasz jeden wspólny wyjazd, kiedy okazało się, że organizatorzy załatwili nam tylko jeden pokój - trójkę! Dzieliliśmy się tym pokojem, tak żeby przed koncertem, po długiej podróży Fiatem 125p chwilę odpocząć i uciąć sobie drzemkę.
Ania była człowiekiem bardzo bezpośrednim. Myślę, że ujęła ludzi właśnie tą swoją normalnością. Na dodatek była przecież bardzo ładna, zgrabna i zdolna. Z Jarkiem tworzyli naprawdę świetną parę. Rzadko się zdarza, żeby kompozytor i jego małżonka razem wylansowali taką masę przebojów. Właściwie określenie "przebój" nie oddaje w pełni wartości tych piosenek, określiłbym je jako standardy ze świetnymi szlagwortami, ale zarazem nienachalnymi i bardzo wdzięcznymi. Do tej pory piosenki Ani służą np. jako tło we współczesnych reklamach, a to świadczy przecież m.in. o ich ponadczasowości.
Pamiętam nasze pierwsze rozmowy i pomysł zaśpiewania w duecie, czy nagrania wspólnej płyty. Nie doszło to nigdy do skutku. To był czas festiwali, każdy co roku musiał obowiązkowo pojawić się w Opolu, czy Sopocie. Bo jeśli piosenkarza tam nie było, to tak jakby w ogóle wtedy nie istniał. Skupialiśmy się więc nad tym, żeby zaprezentować jakiś nowy przebój, a na duety jakoś brakowało czasu. Ania bardzo się rozwijała, ogromnie poszła do przodu. Wiele koncertowała. Nie spotkałem Jej niestety w 1980 roku w Chicago, minęliśmy się. Śpiewałem wtedy tam w Domu Kultury POLONEZ na Milwaukee. Zresztą wtedy w Stanach śpiewało wielu artystów z Polski. Zarabialiśmy dobrze, więc jak tylko udało się zdobyć paszport i wizę wyjeżdżaliśmy tam na koncerty.
Ania nie była konfliktowa, ludzie do Niej wręcz lgnęli. Wchodząc na próby do amfiteatru, od razu przysiadałem się do Niej i Jarka, ponieważ to byli ludzie tak sympatyczni, że chciało nam się po prostu ze sobą razem poprzebywać. Została nam po tej wspaniałej parze nie tylko masa przebojów, ale przede wszystkim Natalka, którą znam od dziecka. Jest ona osobą wybitną pod każdym względem: urody, muzykalności, wokalu. Cieszę się, że stała się piękną, mądrą kobietą, która tak kocha muzykę. Będzie mi ona zawsze przypominać Anię i Jarka.
To był chyba rok 1979, kiedy zadzwonił do mnie szef wydawnictwa płytowego Tonpress i zapytał, czy nie zaśpiewałbym z Anią Jantar dwóch piosenek z filmu muzycznego pt. "Grease". Uczyłem się jeszcze wtedy w klasie maturalnej w Liceum Muzycznym im. K. Szymanowskiego w Katowicach, ale już zaczynałem się trochę pokazywać na polskiej scenie muzycznej, jako taka maskotka zespołu Extraball. Wyrywałem się w świat i z chęcią zgodziłem się zaśpiewać w duecie, tym bardziej że Ania Jantar była przecież prominentną gwiazdą muzyki pop, piosenkarką znaną i bardzo kochaną. Nie wiedziałem do końca co mnie czeka, ale śmiało przyszedłem do studia Polskiego Radia w Katowicach przy ul. Ligonia. Spotkałem i przywitałem się z piękną kobietą, uśmiechniętą - o uroku osobistym wyjątkowego gatunku. Bardzo mnie to onieśmieliło, ale też zmobilizowało. W trakcie nagrywania dałem z siebie naprawdę wszystko. Zaśpiewaliśmy utwór: "You're The One That I Want", natomiast drugą piosenkę z filmu "Grease" Ania zaśpiewała już sama. Nagranie poszło nam bardzo sprawnie, trwało to wszystko zaledwie kilka godzin. Ania była profesjonalistką, ja natomiast jako młody aspirant też byłem bardzo skupiony i udało chyba nam się wtedy stworzyć bardzo udany singiel. Nagrania te były realizowane z myślą o podróży Ani do Stanów. Wypadek, który spowodował Jej śmierć był bardzo smutnym zwieńczeniem tej przygody. Kiedy dowiedziałem się, że zginęła bardzo mnie to osobiście dotknęło.
Dawno nie słuchałem tej naszej wspólnej piosenki, ale to jedno jedyne spotkanie z Anią w katowickim studiu bardzo dobrze pamiętam. Były to dla mnie piękne i niezapomniane chwile.