"NASZA TRYBUNA": - Jak ocenia Pani swój sukces na Festiwalu Sopockim?
ANNA JANTAR: - Jako przejście dość trudnego progu do pewnej stabilizacji w zawodzie. Poza tym za duże zobowiązanie, nagrody cieszą, ale powodują, że wymagania publiczności i krytyki rosną. To jest niebezpieczny moment, często się zdarza, że właśnie po sukcesie artysta przygasa, jeśli w ten sukces... za bardzo uwierzy.
NT: - Wierzyć w siebie trzeba chyba specjalnie mocno na samym początku, żeby przekonać ludzi do siebie. Pani zaczynała śpiewać w zespole?
AJ: - Na samym poczqtku miałam inne plany artystyczne. Kształciłam się na pianistkę. Było to w moim rodzinnym mieście, w Poznaniu (W Warszawie mieszkam dopiero trzy lata). Ale z biegiem lat przekonałam się, że kariera pianistki jest bardzo trudna, po prostu ś fizycznie trudna, trzeba mieć sporo siły, a ja nigdy nie zapowiadałam się na Herkulesa. Mam przy tym małą rękę, dla pianistki jest to utrudnienie.
NT: - I dlatego wybrała Pani muzykę w innej formie?
AJ: - Zaczęłam śpiewać w klubach studenckich jeszcze w szkole muzycznej, ale najpierw chciałam wybrać aktorstwo. Zdałam egzamin do szkoły teatralnej, ale studiów nie zaczęłam, bo sprawy rodzinne tak mi się wtedy ułożyły ś mama chorowała - także musiałam zacząc pracować, więc skorzystałam z propozycji występów z zespołem "Waganci". Z zespołem tym śpiewałam trzy lata, do roku 1972.
NT: - A kiedy zespół zakończył swój żywot była Pani już mężatką i miała Pani "własnego" kompozytora...
AJ: - Tak się rzeczywiście stało. Kierownikiem "Wagantów" był Jarosław Kukulski, to właśnie on zaproponował mi współpracę z tym zespołem i niedługo po tym... byliśmy już małżeństwem.
NT: - Niemal wszystkie przeboje w Pani pięcioletniej karierze - to kompozycje męża. Z "Wagantami" - piosenka "Co ja w tobie widziałam", na początku samodzielnej drogi piosenkarskiej - "Najtrudniejszy pierwszy krok", "Żeby szczęśliwym być", "Chę kochać", wiele innych i wreszcie: "Tyle słońca w całym mieście", radiowy przebój lata i sukces sopocki.
AJ: - "Tyle słońca w całym mieście" to również tytuł mojego pierwszego longplay'a.
NT: - Podobno w Sopocie otrzymała Pani zagraniczne propozycje nagrań?
AJ: - Tak. Dla Kanady, w języku angielskim i francuskim. Mam też propozycje płytowe z RFN I Szwajcarii.
NT: - To chyba jeszcze większy sukces niż trzy nagrody: za interpretację, publiczności i za przebój, którymi Panią ten festiwal obdarował.
AJ: - Ale na szczęście nie odczuwam żadnych objawów śzawrotu głowy od sukcesów", chcę po prostu dużo pracować, żeby te wszystkie sukcesy utrzymać i zrealizować możliwości, jakie mi przyniosły.
NT: - Panuje ogólna opinia, że ma Pani wyjątkowe szczęście do festiwali...
AJ: - Można chyba tak powiedzieć, na ogół z każdego przywożę jakaś nagrodę, tak było w Castlebar w Irlandii, na festiwalu "Puchar Europy" w Austrii - z Marianną Wroblewską I Tadeuszem Wośniakiem uzyskaliśmy nagrodę zespołową, udało się też w Lubljanie i w Sopocie. I jeszcze ś w Kołobrzegu. Natomiast mam wyraśnego pecha do Festiwalu Opolskiego, spotykały mnie na nim kilkakrotnie nieoczekiwane przykrości! To przez to jeżdżę tam zawsze z lękiem.
NT: - Co Pani uważa za najważniejsze m swoim zawodzie?
AJ: - Dobry repertuar.
NT: - A za najmilsze?
AJ: - Sympatię publiczności, chwile, kiedy wyczuwa się jej serdeczność. Dlatego najwyżej sobie cenię sopocką Nagrodę Publiczności.
Rozmawiała
Małgorzata Andrzejewska